"Z zapisków rodzinnych"
Frazeologia stosowana
Poniedziałek, 14 kwietnia 2008 r.
W poniedziałki jeździmy na zajęcia z integracji sensorycznej, zwanej przez Joasia i nas wszystkich - sybitacją. No i ponieważ wciąż trwa remont i przebudowa ul. Puławskiej w okolicach mojej pracy, to dojazd zamiast 15 minut zajmuje mi 30. Do tego akurat w poniedziałek Jonatan musiał dokończyć bardzo ważny rysunek, który malował hamastrami (flamastry po ichniemu), a Joaś pokazać mi nowe skarby w swojej szufladce z marynarzem, w której znajdują się m.in.
takie rarytasy jak: zepsute pióro pani Asi (wychowawczyni grupy Joasia, czyli Zajączków), cekinek od sukienki jakiejś dziewczynki i mapa piratów, którą narysował z kolegą Mikim. No i wyjście z przedszkola zajęło nam nieco dłuższą, niż planowałam, chwilę. Więc pędzę, jak mogę, drogą konstancińską i retorycznie zadaje sobie i chłopcom pytanie: "Ciekawe, czy zdążymy na tę naszą sybitację?". A na to odpowiada mi Jonatan, głosem pełnym wewnętrznego spokoju i niezmąconej pogody ducha:
- Nie martw się Mamo, trzymam kciuki za zębami, na pewno zdążymy.
No i faktycznie, zdążyliśmy.
Słodkie lenistwo
Środa, 16 kwietnia 2008 r.
Nie wiem, czy to pogoda, czy niewyspanie, ale ledwo wróciliśmy do domu po przedszkolu, jak padłam nieżywa. Zdążyłam włączyć chłopcom grę "Pszczółka Maja" i poprosiłam, żeby dali Mamusi odpocząć, bo nie mam na nic siły.
- Dobrze, dobrze - zapewnił mnie Joaś. - Możesz sobie poleżeć. Włóż sobie szlafroczek - dodało nawet moje troskliwe dziecię. - My sobie pogramy, a Ty sobie poczytaj.
No to nie czekając na ewentualną zmianę zdania, szybko skorzystałam i zaległam na łóżku, zatapiając się w artykule z "Twojego Stylu". Nie wiem, czy minęło 5, czy może nawet 8 minut, jak usłyszałam:
- Mamo, może zrobimy ciasto? - zapytał z zachętą w głosie Joaś.
- O nie, nie dzisiaj Syneczku, nie mamy śmietany - wybrnęłam jakoś.
- No to może coś innego z Twoich przepisów, do czego nie trzeba śmietany? - zachęcał starszy.
- Nie, Joaś, naprawdę dzisiaj nie mam siły - bronię się, jak mogę, przed dodatkową robotą kuchenną.
- Hm? To może coś byśmy zjedli - proponuje. - Popatrz Mamo, jakie mamy puste brzuszki - mówi, wciskając okolice jelit na znak panującej tam pustki.
- No właśnie, mój tez jest puśty - wtóruje mu brat.
- To może zrobimy budyń - proponuje Joaś. - Ja pomieszam z mleczkiem. Może śmietankowy?
- Ja kcę cekoladowy - podkreśla młodszy.
Tia. No to se poleżałam.
Barek na kółkach
Piątek, 25 kwietnia 2008 r.
Otóż od pewnego czasu zauważyłam, że moje dzieci zrobiły sobie z samochodu taki jeżdżący na kółkach, przenośny barek. Codziennie rano wynoszą z domu stertę jedzenia (typu paluszki, krakersiki, rogaliki chipity z nadzieniem kakaowym), a do tego różne wody smakowe, których ostatnio są wielbicielami i inne smakołyki w stylu kakao w kartoniku lub żelki, mentosy czy obowiązkowe już tik-taczki, których zażywanie Jonatan poleca, mówiąc, że na wszystko pomogą - od głodu po ból brzuszka. 
Dzisiaj dla odmiany zajadali się obwarzankami, pysznymi skądinąd, więc co chwila wpraszałam się, aby któryś z Synków mnie poczęstował. Najpierw dostałam jednego od Joachimka, więc w podziękowaniu powiedziałam, że ma dobre serduszko. Już po chwili dostałam kolejnego od Jonatana, który dając mi obwarzanka, podkreślił, że to od niego. Więc też powiedziałam, że ma dobre serduszko. No i tak minęło parę kursów, popartych miłą wymianą zdań i wzajemnych uprzejmości. Po czym Joaś poprosił Jonatana, aby go teraz poczęstował, bo jego obwarzanki już się skończyły. Na co usłyszał:
- Nie, nie dam Ci, bo mam już mało. Tyrko tsy - stwierdził dobitnie młodszy brat.
No więc się wtrąciłam i nawiązując do poprzedniej konwersacji, łagodzę sytuację, mówiąc, że na pewno Jonatan podzieli się z Joasiem, bo przecież ma dobre serduszko. A na to usłyszałam w odpowiedzi:
- Nie, Mamo, teraz mam już złe serduszko i się nie podzielę.
No i idyllę szlag trafił.
Podsumowanie
Wtorek, 29 kwietnia 2008 r.
Wracaliśmy sobie radośnie z przedszkola, pełni zgody i dobrego humoru, miło gawędząc i jak zwykle podjadając to i owo. Ale ledwo weszliśmy do domu, czar prysnął i się zaczęło:
- Mamo, włącz mi kompjuter, ja chce gjać w pijatów!
- A ja chcę w Zig Zaca!
- Nie, nie w Zig Zaca, tylko w pijatów!
- Mamo, powiedz mu, żeby nie siadał na fotelu, bo ja tu siedzę!
- Nie! Ja! Ja nic nie widzę!
- Nie pchaj się, bo jest mi ciasno!
- Ja chce pijatów!
- A ja Zig Zaca!
- Oddaj mi myszkę, ja gram pierwszy!
- Nie, ja!
- Ja!
- Mamo, on mi zabiera myskę, zabierz go stąd!
No i wtedy wrzasnęłam i powiedziałam, że jak się nie uspokoją, to to, i to, i jeszcze to. Na co moje starsze dziecko konspiracyjnym szeptem, który niestety słyszałam, powiedziało do młodszego brata:
- Taka była miła, a teraz na nas krzyczy, nie?
- To pjawda - skwitowało młodsze.
No to mnie podsumowali, nie ma co.